Szamańskie ścieżki

SZAMAŃSKIE ŚCIEŻKI „Siedzę przed moim czerwonym tapczanem, mam może dwanaście lat, jestem sama w domu i chowam pościel. Jakiś wewnętrzny głos każe mi zwolnić, zatrzymać się. Patrzę w ciemną przestrzeń otwartego tapczanu, która robi się coraz głębsza i ciemniejsza. Nie ma we mnie strachu, jestem w transie, gdy moim oczom ukazuje się spirala, jasna świetlista spirala. Daję się ponieść temu, odpływam, odpoczywam.

Czytaj więcej...


Wszystko trwa jak w jakimś innym czasie, znacznie dłuższym od rzeczywistego. W sennych myślach namierzam punkt, jakbym w całej swojej świadomości stała się tym szczęśliwym, wolnym punktem. Nie mam ciała, ale jestem. STOP! W skurczu strachu pojawia się myśl za myślą: Co będzie po drugiej stronie? Przypomniałam sobie tę wizję w medytacji, siedząc nocą przy ognisku w podwarszawskim lesie. Brałam udział w warsztatach szamańskich. Wraz z grupą ludzi pracowaliśmy przez rok spotykając się systematycznie. Krok po kroku z każdym spotkaniem, zbliżałam się do samej siebie. Tej konkretnej nocy połączyłam się ze swoją niewinnością. Od pamiętnej dziecięcej wizji, prześladowało mnie poczucie, że coś przegapiłam, że nie poszłam za czymś dla mnie ważnym.

Od pamiętnej dziecięcej wizji, prześladowało mnie poczucie, że coś przegapiłam, że nie poszłam za czymś dla mnie ważnym. Żeby nie czuć się zawiedzioną, zaczęłam w „dorosłym” życiu bagatelizować to doświadczenie, pewnie jak wiele innych z bogactwa i magii świata dzieciństwa. W tę noc kiedy wszyscy udaliśmy się w podróż w przeszłość, odkryłam, że było to jedno z najcenniejszych przeżyć duchowych mojej przeszłości. Zaskoczyło mnie, że jest tak żywe we mnie, jakby ta mała dziewczynka czekała na to, kiedy do niej wrócę i uszanuje jej wybór. Wróciłam. Wróciliśmy wszyscy. Siedzieliśmy z roziskrzonymi oczami z dziecięcą radością na twarzach. Poruszeni tym, że przeszłość za którą tęskniliśmy podświadomie, jest tak żywa i obecna w nas. W medytacji budowaliśmy tęczowy most, łączący te dwie samotne wyspy.

Na co dzień zabiegani w porządku świata, uzgodnionej rzeczywistości, nie dostrzegamy świata niewidzialnego, rozciągającego się na wyciagnięcie ręki. Mam poczucie, że nawet jeśli podskórnie zdajemy sobie sprawę z jego istnienia, świadomie nie dajemy sobie szansy, żeby tam zerknąć z obawy przed nieznanym. Lepsze znane, wydeptane ścieżki, niż manowce, w których jeszcze nie daj Boże pojawić się mogą tęsknoty, możliwości o jakich nam się nie śniło. Po co sobie komplikować i tak już skomplikowane życie? Może właśnie po to, żeby „powrócić”. Powrócić do siebie. W jakim celu? By pełniej, szczęśliwiej czerpać oddech, by TU i TERAZ miało swój niepowtarzalny smak w codzienności. Często nie zdajemy sobie sprawy, że praca szamańska, duchowa, nie jest tylko chwilowym odlotem, ale wpływa pozytywnie na jakość naszego codziennego życia. Ponieważ z rożnych powodów, nasz kompas duchowy rozregulował się i czas na nowo odnaleźć w sobie centrum. Z mojego doświadczenia wiem że najtrudniej jest podjąć wysiłek. W naszym dniu powszednim nie ma miejsca na magiczne zdarzenia. Rutyna redukuje postrzeganie pozazmysłowe, do którego każdy z nas jest stworzony, będąc istotą duchową. Same siedzenie w pozycji medytacyjnej nie wystarcza, bo zamiast lewitować w błogostanie, nalatują nas myśli jak stado natarczywych wron. Zapracowane, zbyt zmęczeni idziemy spać, nie zwracając uwagi na sny, na komunikaty z naszej podświadomości. A one czekają, nasze małe dziewczynki, chłopcy, strażnicy dziecięcych marzeń, trzymając w rączkach klucze do właściwych drzwi. Kiedyś dawno temu, miałam sen, w którym Święty Mikołaj podarował mi klucz. Powiedział, że patrząc przez niego, zobaczę rzeczy takimi jakimi są naprawdę . Zachwycona, przytykałam klucz do oka i spoglądałam na ludzi, wyglądali zupełnie inaczej! Byłam pewna, że teraz właśnie widzę ich prawdziwych. Przez mój magiczny klucz dostrzegłam stare, zdobione drzwi, w miejscu obok sklepu w mojej miejscowości, których nigdy wcześniej tam nie było. Dodam tylko, ze śniłam w czasach, kiedy nie było jeszcze Harego Pottera. Klucz pasował do zamka, a kiedy drzwi zamknęły się za mną, znalazłam się w grobowcu azteckim. Było gorąco, a ja wiedziałam że mam do wykonania misję. Pokonywałam przeszkody strudzona i zlana potem, wreszcie poruszyłam kamienny mechanizm, dzięki któremu uwolniłam śpiącego wojownika. Oczywiście mogłam pomyśleć, co za zwariowany sen, byłam już poważną mężatka i matka, ale przeczuwałam, że nadchodzi coś niezwykłego, że oto uwolnił się wojownik, do tej pory śpiący we mnie, w rejonach zapomnianych, starożytnych. Największą informacją w tym śnie, był fenomen widzenia rzeczy takimi, jakimi są. Moja podświadomość pokazała mi, że używając magicznego oka, mogę widzieć znacznie więcej. Czy byłam zdziwiona, kiedy w dwa lata po tym śnie uczyłam się starożytnych tańców azteckich?

Na mojej rocznej pracy w warsztacie „Vision Qest”, przygotowywaliśmy się do tytułowej „prośby o wizje”. Prowadzący Siergiej, kroczy ścieżką starożytnych Tolteków, narodu mistrzów, po których przyszli Aztekowie. Według pism azteckich:


„ Toltekowie byli mędrcami
To, co czynili, było wspaniałe,
Niezwykle cenne, godne uznania.
Toltekowie byli mędrcami,
Prowadzili rozmowy z własnym swym sercem,
Dali początek rachubie roku
Rachubie dni i przeznaczeń.
Toltekowie byli mędrcami
Mieli wiedzę pełną doświadczenia o gwiazdach,
Które znajdują się na niebie.
Nadali każdej imiona.
Znali ich wpływ.
Wiedzieli dobrze jak się porusza niebo,
Jakie robi obroty,
To widzieli po ruchach gwiazd (…)”


We wszystkim co robili dochodzili do mistrzostwa, mistrzostwa ducha. I my uczyliśmy się rozmawiać „sercem”. Tylko przełamując rutynę codzienności, niejako automatycznie wyostrzamy swoje do tej pory uśpione zmysły. Odkrywaliśmy w sobie szacunek do żywiołów traktując je jak żywe istoty w swoich rozmowach z nimi. Przekraczaliśmy wewnętrzne granice krytykującego głosu rozumu, by usłyszeć o wiele piękniejszy i mądrzejszy głos naszego serca. Przewodnim hasłem naszych ćwiczeń było „pomagać Słońcu oświetlać świat”, przez to, że stajemy się rozświetleni od środka. Pamiętam z tego czasu, jak stawałam się coraz bardziej uważna na otoczenie. Na ludzi w mieście, na śpiew ptaków w lesie. Wszystko to zdawało się jednakowo interesujące i piękne. Według Tolteków ścieżka serca, jest ścieżką wolności. Miłość do Matki Ziemi, głęboki szacunek do wszelkich przejawów życia na naszej planecie na dobre zagościła w moim sercu, a może tylko wróciła z czasów lat dziecinnych, kiedy każdy dzień był zachwytem.

Dzieci mają naturalna więż, porozumienie ze światem magicznym, trwającym równolegle, do tego z uzgodnionej rzeczywistości. Niezależnie od naszych zwątpień, one go po prostu czują. Medytacją jest rozmowa z motylkiem, który akurat przysiadł na poręczy, czy obserwacja mrówek w ciepłej, nagrzanej słońcem trawie. Pamiętacie nasłuchiwanie z bijącym sercem kroków Świętego Mikołaja? Zapominamy o tym, a maski powagi wrastają w twarz, zaciskają serce. Nie pamiętam kiedy się to zaczyna. Proces zapominania, wyciszania na szepty Duchów lasu, strumieni, ognia. Stajemy się smutni, rozczarowani, nieszczelni na krytykę otoczenia. Staramy się coraz bardziej wpasować w ramki, gubiąc w pośpiechu niewinność i radość. Ale wiem, bo tego doświadczyłam, że można wrócić. Ja zaczęłam od „przyjmowania do wiadomości”. Czyli cokolwiek usłyszałam, czy to dobre, czy złe informacje, starałam się ich nie oceniać, tylko przyjąć do wiadomości, wierząc, że mają swój ukryty wymiar. Oglądałam świat przez mój magiczny klucz i mogłam z dystansu zauważyć o wiele więcej. Pozwalałam sobie i swojej rodzinie na spontaniczne zachowania. Pamiętam jak parę lat temu w Święta Bożego Narodzenia w nocy, zjeżdżaliśmy z górki na workach z sianem. Na niebie jaśniała pełnia, wokół zimowa cisza, a my leżeliśmy na śniegu patrząc jak opadają z nieba niewinne, białe płatki. Magia na wyciagnięcie ręki. Kto nam wmówił, że trzeba być zawsze dorosłym? Czyż Jezus nie mówił: „Bądźcie jak dzieci”?

A dziecko we mnie lubi się dziwić i lubi badać świat ten nieznany. Z pokorą i szacunkiem wsłuchuje się w niesamowite opowieści i dryfuje na falach wyobrażni, bo są we wszechświecie rzeczy „o których filozofom się nie śniło”.

SPIRALA Pewnego letniego dnia poczułam, idealny czas na budowę magicznej spirali, którą w moich planach pielęgnowałam jak dobrą myśl. Mieliśmy już do tego upatrzone miejsce. Na wierzchołku pagórka zwanym „Ufo”. Kosmiczną nazwę miejsce to zawdzięcza Wiktorowi, który próbując kosić wysoką trawę na łąkach, wykosił tu równiutkie koło na środku wzgórza.

Czytaj więcej...


...Dzieci „wiedziały” z całą pewnością, że to miejsce w którym wylądował statek kosmiczny. Oczywiście przeczucia co do wibracji tego miejsca ich nie myliły. Nocą przyśniło mi się, że stoi tu wielka mongolska jurta, a z jej dachu sięgają w cztery strony świata kolorowe wstęgi, po których ludzie wchodzą na pagórek. W górze krążył Orzeł i słychać było odgłos szamańskiego bębna.

Pomna tego, że magiczne rytuały robi się wtedy, gdy czuję magie wokół, czekałam na odpowiedni czas, do budowy spirali. Wszystkie znaki wskazywały to miejsce. Wraz z grupą znajomych, goszczących wtedy u nas, zabraliśmy się późnym popołudniem do zbierania kamieni potrzebnych do budowy spirali. Odmówiłam modlitwę w lesie prosząc o pozwolenie i prowadzenie w tym rytuale. Kamienie w okolicznych lasach to materiał cenny i rzadki, wiec wydobywaliśmy je z korzeni wywróconych świerków. Zrobiło się ciemno, a my niezrażeni z latarkami jak poszukiwacze skarbów, wydłubywaliśmy kamienie na dużą płachtę i przeciągaliśmy do miejsca przeznaczenia. Choć wokół zrobiła się noc, czas był absolutnie magiczny, wszyscy zdawali sobie z tego sprawę i dlatego pracowaliśmy z radością, potykając się o własne nogi w ciemnościach.

Spirala jest bardzo starym symbolem, znajdujemy go we wszystkich świętych i tajemniczych miejscach ludzkości, które zachowały się do naszych czasów. Istnieje płytka zęba mamuciego, znaleziona w Malcie na Syberii z czasów matriarchatu ok. 20 000 lat p.n.e., która z jednej strony ma trzy węże, a z drugiej strony trzy spirale, które prawdopodobnie pełniły role kalendarza. Ten święty symbol znajdujemy również w wytworach natury, w muszlach, ślimakach, liściach paproci, cząsteczkach kwasu dna, małżowinie usznej czy w wodnych wirach lub tornadach. W indiańskich tradycjach osoby udające się na Poszukiwanie Wizji malują na swoim ciele spirale, prosząc w ten sposób, by żywa tajemnica ujawniła im ich moc i przeznaczenie. Jako symbol energii wzrostu, wiązała się z roślinami, oznacza też samoskrętność, nieskończoność. Ruch w lewo oznacza regres, introwersję, ruch w prawo symbolizuje rozwój, ekstrawersję, nieśmiertelność i odrodzenie. Święta spirala należy do najstarszych symboli indywidualnej mocy, od dawien dawna oznacza narodziny i odradzanie się. W starożytności uprawiano tańce po spirali między innymi w antycznej Grecji taniec Żurawia, czy labiryntowy taniec Tezeusza. Derwisze, wyznawcy sufizmu, którzy w mistrzowski sposób wirują po spirali, mają jeden cel, wejść w stanie transu w Wielką Ciszę w środek Spirali. Jest to miejsce początku, gdzie bezpośrednio można porozumieć się ze Stwórcą.

Fraktalny, nieustający ruch we wszechświecie, śmierci i odrodzenia wiruje wokół środka, który pozostaje nieruchomy. Środek ten stanowi centrum spokoju, Pierwotne Źródło, w którym wszystko jest zawarte jako możliwości. Centrum Kreacji, miejsce równowagi, z którego spirala otrzymuje impuls do ruchu znajduje się również w człowieku, dlatego wracając w przestrzeń swojej ciszy, możemy ujrzeć rzeczy „takimi jakie są”.

Naszą przestrzeń spirali zaczęliśmy układać w specjalny sposób zaczynając od środka, kierując się tak, aby wejście znalazło się na kierunku północnym. Okrąg Świętej Spirali jest miejscem medytacji, miejscem gdzie wchodzimy lewą stopa w lewą stronę, odwrotnie do kierunku słońca, co oznacza z energetycznego punktu widzenia proces rozładowywania. Odchodzi wszystko to, co w jakiś sposób przeszkadzało, niszczycielskie siły w tym marszu – medytacji zostają oddane do Ziemi, która ma moc przemienienia ich w energetycznie silne prądy. Tak dochodzimy do Środka, gdzie z mocnym wydechem na Zachód kończymy proces oddawania. Odwracając się twarzą w kierunku Wschodu, stojąc w miejscu harmonii miedzy Ojcem Niebo i Matką Ziemia rozpoczynamy proces przyjmowania. Medytując siłę Środka i początku można pozostać TU tyle ile potrzeba, to miejsce bez czasu, miejsce ciszy tuż przed kreacją. Kiedy zaczynamy wychodzić ze środka w prawą stronę (najlepiej prawą nogą) marszem medytacji zgodnie z kierunkiem słońca, skupiamy uwagę na naładowaniu energetycznym, dającym równowagę i siłę.

Nasza spirala była już gotowa, zasady jej działania omówione, usiedliśmy wyciszeni, zmęczeni razem przy ognisku. Ja miałam jeszcze jedno zadanie, w specjalny sposób „uruchomić” tę przestrzeń, żeby mogła już pracować dla naszego dobra. Ktoś grał na bębnie i ruszyłam w ciemnościach z kadzidłem oraz piórem kruczym do oddalonej o kawałek spirali. Nie używałam żadnego światła, mimo to poruszałam się sprawnie i szybko, jakby jakaś siła mnie prowadziła. Przy Spirali pomodliłam się do kierunków, okadzając okrąg z zewnątrz, po czym ukłoniwszy się weszłam na spiralną ścieżkę, okadzając z uważnością jej każdy kamień. Poczułam jak ciągnie mnie do środka siła, zaufałam jej poddając się prowadzeniu. Kiedy stanęłam w miejscu Wielkiej Ciszy, w kompletnych ciemnościach postawiłam kadzidło przed sobą i wzniosłam w modlitwie ręce. Poczułam ogromna energie ogarniającą mnie z dołu z Ziemi przenikającą do mnie i taki sam strumień opadający na mnie z góry. Trochę wystraszona czułam jak dokonuje się we mnie połączenie! Jakbym tańczyła – stałam jednak w miejscu, nie mogąc się poruszyć. Połączenie tych dwóch absolutnie pięknych mocy dokonało się w sercu. Nie sposób opisać słowami, ile nauki o sobie doNie wiedziałam wtedy, że Matka Ziemia jest pod wpływem sił energetycznych kosmosu, które działają na Nią w podobny sposób, jedna potężna spiralnie zasila Ją z Bieguna Południowego w górę, druga z Bieguna Północnego w dół. Łączą się te siły w sercu, w gorącym wiecznie żywym, płynnym sercu Ziemi.

Nie wiem jak długo to trwało, jak długo stałam poddając się sile karmiącej mnie i dającej rozumienie, odgłosy bębna dotarły do mnie kiedy wychodziłam okadzając ścieżkę w drodze powrotnej. Było to jedno z niezwykłych, szamańskich doświadczeń, które żywo czuję w sobie do dziś. Każdy z uczestników odbył swoją pielgrzymkę do spirali sam, przeżywając to doświadczenie na swój indywidualny sposób, kiedy reszta w tym czasie grała na zmianę na bębnie, dając w ten sposób wsparcie wspólnoty. Dla niektórych było to ważna i mocna praktyka, dla innych uwieńczenie pracowitego popołudnia w ciszy nocy. Byli też tacy, których zmorzył sen i weszli do Spirali następnego dnia przy świetle Słońca. Każdy z nas doświadcza siebie w niepowtarzalny sposób, ma własny język, którym komunikuje się z przestrzenią.

Spirala jest niezmiennie na „Uffo” już kilka ładnych lat. Co rok na wiosnę starannie kosimy wokół niej trawę, uzupełniamy kamienie, które zapadają się w miękką Ziemię i budzimy do pracy. Jest miejscem niezwykłym, korzystamy z niej na warsztatach i nie tylko, jest dostępna w każdej chwili, gdy ktokolwiek potrzebuje „odkręcić” się ze starego, znaleźć drogę do swojego Świętego Centrum i „nakręcić” na dobrą drogę.

ŚCIEŻKĄ TOLTEKÓW O Toltekach, którzy przetrwali, nauce chodzenia na dwóch nogach, Tańcu Słońca Indian Hopi i skoku w nieznane opowiada SERGIEJ ROSLOVETS, nauczyciel AVP

Czytaj więcej...


Skok w drugie Ja


O Toltekach, którzy przetrwali, nauce chodzenia na dwóch nogach, Tańcu Słońca Indiach Hopi i skoku w nieznane opowiada SERGIEJ ROSLOVETS, nauczyciel AVP, uczeń Wiktora Sancheza, zajmujący się psychologią etnograficzną, polegającą na pracy z rdzenną ludnością w różnych rejonach świata oraz podróżach, podczas których dzieli się zdobytymi doświadczeniami

Czym jest Sztuka Celowego Życia?

- Sztuka Celowego Życia, z języka hiszpańskiego el Arte de Vivir a Propósito (AVP) , to podążanie ścieżką starożytnych Tolteków, w celu osiągnięcia osobistego i duchowego rozwoju. Ta metoda, droga, została wskazana przed trzydziestu laty przez meksykańskiego antropologa Wiktora Sancheza, który odkrył w Meksyku i Gwatemali nieznane plemiona rdzennych mieszkańców. Porzuciwszy pozycję obserwującego je z zewnątrz naukowca, zaczął wchodzić w interakcje z tą społecznością, aż stał się uczestnikiem jej życia codziennego i duchowych tradycji, czyli – rzec można – został antyantropologiem. Wraz z współpracującymi z nim ludźmi (do których należy Sergiej Roslovets – przyp. red.) zaczął dzielić się doświadczeniami zdobytymi wśród ludności tych terenów, potomków dawnych Tolteków. W tym rozumieniu AVP to także osoby, które są uczestnikami tych metod. Ale nie chodzi tu o przynależność do jakiejś grupy, a o to, w jaki sposób żyjemy. Organizując warsztaty, nie prowadzimy wykładów, ale zapraszamy do aktywnego uczestnictwa w doświadczeniu odkrywania swojej nieznanej strony i łączenia się z naturą. Tak samo książki Wiktora Sancheza są bardzo praktyczne – czytamy, wstajemy i coś robimy.

Kim byli Toltekowie i czy można mówić o współczesnych Toltekach?

- Zanim Hiszpanie, po podbiciu imperium Azteków, wytrzebili miejscową ludność, spisali jej historię. A zatem spisali historię Tolteków zasłyszaną od Azteków. Dla Azteków miasta Tolteków były już pokryte ziemią, a oni sami byli w ich opowieściach magicznymi ludźmi. W języku nahualt (do czasów konkwisty główny język Azteków, obecnie wciąż posługuje się nim ponad 1,5 miliona mieszkańców Meksyku – przyp. red.) toltec znaczy starożytny budowniczy. A ponieważ budowa – wspaniałych miast, piramid, świątyń, owianych po dziś dzień tajemnicą posągów – wymagała wiedzy (matematycznej, astrologicznej), słowo toltec znaczyło człowiek wiedzy. Jednak nawet Aztekowie nie wiedzieli, że magiczni ludzie z ich opowieści, którzy zbudowali m. in. piramidy w Tuli (stolica Tolteków, ok. 80 km na północ od obecnego miasta Meksyk – przyp. red) przetrwali. I do dzisiaj żyją ich potomkowie, których odkrył Wiktor Sanchez. Współczesna nauka, po ostatnich korektach, umiejscawia Tolteków od roku 1500 p.n.e do 1200 n.e. Coraz większym uznaniem środowisk naukowych cieszy się też teoria, która nie wiąże nazwy Toltekowie z konkretną grupą etniczną. Zgodnie z nią, opisywani w azteckich przekazach Toltekowie traktowani są bardziej jako grupa różnych antycznych społeczności i kultur na wysokim poziomie rozwoju, które poprzedzały cywilizację Azteków. Ich potomków Sanchez nazwał Toltekami, którzy przetrwali.

Czy Toltekowie to jedyne źródło, z którego czerpie el Arte de Vivir a Propósito?

- To ważne, ściśle związane z Meksykiem źródło, ale nie jedyne. Najlepszym i największym naszym nauczycielem jest natura, przyroda. W społeczeństwie dużych miast często nie umiemy połączyć się z naturą. Na łonie przyrody każdy z nas jest w stanie poczuć coś więcej. Indianie nazywają ją widoczną stroną ducha, bo według ich wierzeń Wielki Duch objawia się właśnie poprzez przyrodę. Kolejną inspiracją są książki słynnego peruwiańskiego antropologa, badacza i szamana Carlosa Castanedy (ur.1925 – zm.1998), które rozbudowują sposoby robienia różnych rzeczy, pracy z elementami natury. Choć chcę zaznaczyć, że w książkach Castanedy też dużo dziwnych, a nawet niebezpiecznych opowieści. AVP doszło i do nich, sprawdziło je i nie we wszystkim się z Castanedą zgadza. Poza tym ważna jest ewolucja naszej pracy. Warsztaty „Skok w drugie Ja” mają już 30-letnią historię, uczestniczyli w nich ludzie z całego świata i poprzez ich doświadczenia stawały się one coraz lepsze. I również w tym kontekście możemy mówić o grupie, rodzinie el Arte de Vivir a Propósito.

A czym jest to drugie Ja?

- Określenie to pochodzi z tradycji Tolteków. Nasze postrzeganie i świat wokół są dualne, a te dwie jego strony to tonal i nagual. Część tonalna to rzeczywistość, która może być opisana słowami, o której możemy rozmawiać, której używamy, by radzić sobie z codziennym życiem; to również nasze ego i to, co podpowiada nam rozum. Nagual to nasza strona magiczna, która nie poddaje się logice, której nie da się opisać, a której wielu z nas w ogóle nie zna. Można ująć to metaforycznie, że używamy tylko jednej nogi, często nie wiedząc nawet, że mamy i drugą – nasze drugie Ja. Owo połączenie symbolizuje Quetzalcoatl, pierzasty wąż, pierwotne bóstwo Tolteków. Pierzasty wąż, czyli połączenie węża i ptaka; ten, który jednocześnie pełza i lata – stworzenie, które w naszym doświadczeniu nie istnieje. Proszę zwrócić uwagę, że w godle Meksyku ptak (orzeł) zabija węża. Bo we współczesnym świecie te dwie strony się zwalczają, są przeciwstawne. Toltekowie łączą tonal z nagualem, nie odrzucając żadnego z nich. W AVP staramy się robić to samo – używać naszych doświadczeń i rozsądku z tonala w sferze naguala. Tak, jak robią to małe dzieci – one są pełne, połączone. W naszym świecie tracimy z biegiem lat tę magiczną stronę, nasze drugie Ja.

Jak wyjść na jego spotkanie, jak się do tego przygotować?

- Spotkanie drugiego Ja to jak spotkanie dawnego przyjaciela. Każdy z nas go ma, problemem jest to, że nie ma opisu, jak to zrobić, trzeba tego po prostu doświadczyć. Jedynym sposobem jest stworzenie miejsca, danie wskazówek, ale każdy musi sam krok po kroku tworzyć swoje własne doświadczenie. Ja przedstawiam przyrodę jako miejsce wiecznej nauki, bo po prawdzie, to ona jest głównym prowadzącym. W każdym ćwiczeniu należy się starać uczestniczyć na sto procent, bo gdy dajemy z siebie 100 proc., to i 100 dostajemy, gdy włożymy tylko 50, otrzymamy też 50. Ale chcę podkreślić, że to nie żadne zawody, chodzi o nasze własne sto procent. Poza tym staramy się uczestniczyć we wszystkim w znaczeniu Tolteków – najpierw zrobić, a potem ewentualnie o tym pomyśleć (zwykle jest w naszym życiu odwrotnie). A zatem działamy z niewinnością dziecka, bez analizowania, jaki będzie efekt. I, bardzo ważne, stosujemy zasadę In Lak'ech (tak witają się Majowie), co można przetłumaczyć: Ty jesteś moim innym Ja (Ja jestem innym Ty). Oznacza to, że nie mogę zranić ciebie bez zranienia siebie; nie mogę uleczyć siebie bez uleczenia ciebie. To wszystko, plus podstawowa zasada, że podczas trwania warsztatów nie istnieją dla nas alkohol, narkotyki i papierosy – alkohol i narkotyki zmieniają postrzeganie świata w sposób chaotyczny, nasze ćwiczenia zmieniają je w sposób świadomy, a to się źle miesza; palenie zaś znosi w niektórych ćwiczeniach efekty osiągnięte dzięki technikom oddychania.

A w jaki sposób postrzegają świat Toltekowie?

- Dla Tolteków wszechświat jest złożony nie z obiektów stałych, ale z pól energetycznych. Oznacza to, że polem energii jest każdy i wszystko (ja, drzewo, dywan). Natomiast napotykamy na trudności w opisie, czym jest energia, ponieważ przynależy ona do strony naguala. Jednak wszystko, co robią istoty żywe i co im się przydarza jest zdeterminowane poziomem ich energii. Jeśli zatem postrzegamy siebie jako pole energii, nie ma poczucia przypadku, dobrej i złej karmy. Jeśli chcemy podnieść naszą jakość życia, musimy albo zmienić interakcje z innymi polami energii (ludźmi wokół i wszystkim, co nas otacza), albo zwiększyć nasz poziom energetyczny.

Od czego zależy nasz poziom energii?

- Od trzech czynników: ilości energii, z którą zostaliśmy poczęci; sposobu, w jaki energia ta została spożytkowana od narodzin do teraz oraz od sposobu, w jaki jej obecnie używamy. Naszego „kapitału początkowego”, czyli tego, ile energii przekazali nam rodzice w chwili poczęcia, nie jesteśmy w stanie zmienić, możemy im tylko podziękować za dobre chęci. Dalej możemy albo utrzymać nasz poziom energii, albo ją roztrwonić, np. tracimy energię użalając się nad sobą i manipulując sobą, przywiązując się zbytnio do własnego ego i przyjętych wzorców postępowania czy wikłając się w rutynę, która nie daje nam zadowolenia. Jest to cały skomplikowany twór – zwany osobistą historią i uwarunkowany dotychczasowym doświadczeniem – który sprawia, że docieramy do końca bardzo wyczerpani. Tymczasem mamy możliwość przekierowania energii (dla przykładu, choćby zmiana sposobu ubierania może nam dać odrobinę wolności), oszczędzenia jej (np. spacer po lesie zamiast gry komputerowej), a nawet podniesienia naszego poziomu energii. Aby zrobić to ostatnie, musimy pobrać energię ze źródła, które jest większe niż my sami.

Tak jak robią to Indianie Hopi podczas rytualnego Tańca Słońca?

- Świat zachodni zna tylko zdjęcie z końcowej części tego rytuału: pal, dwa haki, które Indianin wbija w swe ciało i osiąga zawrotną prędkość zwisając na linie, co – jak orzekła medycyna – nie jest możliwe, bo mięśnie człowieka tego nie wytrzymają. Dane mi było obserwować całą ceremonię Tańca Słońca (podkreślam, że tylko obserwować, nie brać w niej udział). Ci, którzy chcą połączyć się Słońcem i pobrać od niego energię, przygotowują się do tego kilka miesięcy. TEGO dnia przed świtem każdy udaje się do swego miejsca – jest to krąg o średnicy około pół metra, może być z kamieni, ale też może to być pień drzewa – i wraz ze wschodem Słońca zaczyna tańczyć nie opuszczając kręgu. Taniec trwa nieprzerwanie do zachodu Słońca. Dla normalnych ludzi jest to poza granicami ciała i ducha, z kilkudziesięciu osób biorących udział w tym rytuale do końca pozostaje tylko kilku. Ci, którzy przetrwali, przechodzą po zmroku test, który jest znany Zachodowi ze wspomnianego zdjęcia. Mięśnie jednak wytrzymują, bo ci ludzie są w szczególnym stanie i łączą się z Ojcem Słońcem.

Nie każdy może podnieść w ten sposób swój poziom energii…

- Ale każdy, prawie każdy, jest w stanie wykopać dziurę w ziemi, pokryć ją gałęziami i spędzić tam noc. Jeśli włożymy w to całą swoją moc osobistą – to ta energia, której nie zużywany na codzienne nawyki, rutynę, osobistą historię, a która daje nam poczucie wolności – nasze ciało energetyczne dozna dotyku Matki Ziemi, od niej otrzymamy energię. A wraz ze zmianą energetyczną zmieniamy nasze przeznaczenie. To było moje doświadczenie w Meksyku i wyszedłem stamtąd całkiem inny.

A jaki finał czeka nas podczas „Skoku w drugie Ja”?

- Hm… klif i skok w nieznane, jak u Castanedy. To będzie osobiste doświadczenie każdego, kto weźmie udział w warsztatach. Mogę jedynie zapewnić, że jest to bezpieczne. Notowała Jolanta Ciepielewska

PS. Warsztaty w tradycji Tolteków „Skok w drugie Ja” odbyły się 20-22 sierpnia br. w „Trzech Źródłach” w Kotlinie Kłodzkiej, Długopole Górne 7a
Na warsztaty „Skok w drugie Ja” Sergiej Roslovets wybrał „Trzy Źródła” – magiczną przestrzeń w Długopolu Górnym w Kotlinie Kłodzkiej, w której swój dom odnaleźli Bea i Wiktor Lech – ludzie równie niezwykli jak to miejsce z widokiem na masyw Śnieżnika, naturalnym źródłem i ziemią o intensywnym zapachu gliny wymieszanej z trawą i igliwiem. Udział w warsztatach dał mi dużo dziecięcej radości, dawno nie robiłam niczego tak spontanicznie, z niewinnością dziecka właśnie. Poczułam w sobie to dawne dziecko nie poprzez pamięć utożsamianą z rozumem, ale przez wspomnienia ciała, ruchy, gesty.
Tak jak chciał Sergiej, ciężko pracowałam, choć nie zawsze na 100 proc. Czasami było to jakieś 80-90 proc., czasami bardziej odpuszczałam i wkładałam w ćwiczenia mniejszą część siebie. Ale przyznaję, że najwięcej zadowolenia, spełnienia otrzymywałam, gdy angażowałam pełnię uwagi i koncentracji. Wówczas uruchamiało się, zaskakujące mnie samą, wewnętrzne postrzeganie siebie i tego, co dzieje się wokół. Niezwykłe było dla mnie doświadczenie marszu po lesie z przepaską na oczach, gdy wyostrzały się inne zmysły. Spotkanie ze świadomością śmierci przeżyłam na pół gwizdka…
I co ja teraz robię? Dokładnie to, co, jak przewidywał Sergiej, będziemy próbowali robić – znaleźć słowa na to, czego nie da się opisać słowami. Dodam więc jedynie, że podczas trzeciego dnia warsztatów stanęłam z zasłoniętymi oczami na wspomnianym w rozmowie klifie, spotkałam się tam z własnym lękiem i… Nie, nie zostawiłam go na górze. Skacząc zabrałam go ze sobą, w końcu jest częścią mnie. Co było potem? Cisza. Cisza i radość.
Czy Sergiej powróci do Trzech Źródeł? O to trzeba pytać Beę Lech (www.trzyzrodla.pl).
Jolanta Ciepielewska