NASZA HISTORIA

Dawno, dawno temu… kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Żmigródku, utrwaleni w codziennych obowiązkach, wybraliśmy się jak co dzień do lasu, a było to w przesilenie wiosenne 21 marca… Mnie prowadziły znaki szyszek, ptasich piór i rozmowa z Wiktorem, a Wiktor był przekonany, że ja prowadzę jego. Było rześko i magicznie, więc poddaliśmy się wiośnie. W pewnym momencie dotarło do nas, że nie wiemy jak wrócić do samochodu. Staliśmy patrząc na siebie, nasłuchując w lekkiej panice odgłosów pociągu, czy przejeżdżających szosą samochodów, ale każde z nas słyszało pociąg z innego kierunku! Orientowaliśmy się w terenie, często chadzaliśmy po tych lasach, szukając ukojenia, równowagi wewnętrznej. Trwaliśmy więc kompletnie zaskoczeni sytuacją, aż Wiktor z niezachwianą pewnością stwierdził: ja nas wyprowadzę. Dyskutowałam długo, poddawałam w wątpliwość jego, jakby nie patrzył „nie kobiecą intuicję”, by w końcu poddać się i podążać za jego stanowczymi krokami. Po pół godzinie z za zakrętu leśnej drogi wyłoniło się nasze auto czekające grzecznie pod sosnami. Oddalam należny honor, doceniłam jego „kobiecą intuicję”, która szczęśliwie wyprowadziła nas na dobra drogę. Następnego dnia wróciłam do domu z sąsiedzkiej wizyty i zastanawiałam się nad tym, po co na własne życzenie pozbawiam się energii, odwiedzając ludzi, którym jest ciągle żle, słysząc tylko narzekania, którzy nawet nie chcą słyszeć o tym, że mogą coś zmienić w swoim życiu. Wiktor w tym czasie przeglądał „Auto Giełdę”, tonem z wczorajszej przygody w lesie, oświadczył: jutro jedziemy w góry. Fala protestów i argumentów, że przecież dzieci, szkoła i przedszkole zatrzymała się we mnie nie wypowiedziana, na wspomnienie „cudownego ocalenia z lasu”.

Czytaj więcej...


....Powiedziałam krótko - zgoda. Wybraliśmy kilka ogłoszeń sprzedaży działek rekreacyjnych i po ustaleniu już w drodze trasy, jechaliśmy w nieznane. Pierwsze dwie zasypane śniegiem, podzielone na małe kwadracik parcele, szybko ostudziły moje fantazje na temat wspaniałego miejsca dla nas. Poczułam, że to raczej przestrzeń do powstania osiedla szeregowych domków z ładnym widokiem. Powiedzieliśmy sobie do „do trzech razy sztuka” ruszając dalej. Po drodze przypomniał mi się sen, w którym moja nieżyjąca babcia odwiedziła mnie zdenerwowaną, krzątającą się w wojskowym namiocie, uśmiechnęła się dobrotliwie i powiedziała: ładnie macie tu w górach. Byłam zaskoczona, ale bardziej tym, że się pojawiła, mając świadomość tego, że nie żyje. Uścisnęłam ja mocno i zapytałam czy jej tam dobrze, babcia się tylko uśmiechnęła, czytając moje ciekawskie myśli dotyczące życia w innym wymiarze i sen się urwał.

Zmęczeni, ze słabnącą nadzieją dojechaliśmy do Długopola Górnego, ostatni zaznaczony adres. Z właścicielem pojechaliśmy oglądać przeznaczone na sprzedaż grunty. Działka znajdowała się we wsi, przy drodze w sąsiedztwie cmentarza. Podziękowaliśmy z uśmiechem, tłumacząc, że nie tego szukamy, a mój umysł już skupił się na organizacji miejsca na nocleg, bo zaczynało się ściemniać. Jednak gospodarz przyjrzał nam się bacznie, po czym powiedział: no dobra, to pokaże wam coś jeszcze. Ruszyliśmy polną drogą pod wiaduktem i oczom naszym ukazało się łagodne zbocze graniczące ze starym lasem. Wyszliśmy z samochodu, czułam jak trzęsę się cała, nie rozumiałam co się ze mną dzieje. Wiktor rozmawiał z właścicielem, dzieci pobiegły odkrywać teren po swojemu, a ja pchana jakąś siłą szłam w kierunku lasu. Zatrzymałam się na granicy i podniosłam wzrok. Moim oczom ukazał się przepiękny widok na masyw Śnieżnika, a od stóp do czubka głowy zaczęła przepływać energia fala za fala. Pomyślałam, a raczej COŚ we mnie powiedziało: „więc to tak się czuje swoje miejsce na Ziemi”. Byłam wzruszona, a kiedy przyszedł Wiktor i zapytał, czy decydujemy się, bo cena odpowiada naszym możliwościom, tylko energicznie pokiwałam głową, nie mogąc opanować łez. Okazało się, że ogłoszenie zamieścili w gazecie ledwie wczoraj, a jak nas zobaczyli, stwierdzili, że mogą nam zaufać i sprzedać miejsce ze źródłem… ,

Niebawem wyprowadziliśmy się ze „starego życia”, ku kompletnie zaskoczonej rodzinie i znajomych, bo przecież mieliśmy dom, popłatne zajęcia, a jedziemy na koniec świata. Odpowiadam niezmiennie na to: „ to nie jest koniec świata, to jego początek”. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że to Miejsce nas wybrało, a nie my miejsce. Od tego czasu zmieniamy się razem z nim, a cały proces rozbudowy, budowy domu, to obraz zmian, transformacji nas i naszego związku .

Odkryliśmy drugie źródło i nasz indywidualny sposób na życie. Od kiedy stanęłam na tej Ziemi wiedziałam, że jestem z nią związana, że wróciłam do domu. Miejsce to przyciąga, karmi ludzi w jakiś tajemniczy sposób, czy to na warsztatach, czy pielgrzymów zatrzymujących się tu na chwilę. Daje w prezencie sny, koi w niewidzialny sposób zmęczone miastem umysły.

Trzecie źródło wytropił dla nas różdżkarz, potrzebowaliśmy większego ciśnienia wody pod budowę domu. „Trzy źródła”, jak magiczne trzy życzenia, trzy światy Drzewa Życia, gdzie korzenie symbolizują podziemny świat naszej duszy, podświadomość, w inkaskiej tradycji królestwo Węża, środkowa część symbolizuje naszą codzienność, to co uświadomione, nas i nasze związki z innymi ludżmi, wg Inków królestwo Pumy, oraz korona drzewa świat Ducha, nadświadomość, miejsce spotkania z Wielkim Duchem, Boskość, wg tradycji inkaskiej królestwo Kondora. Taki sam trójpodział celebrowali Celtyccy Druidzi ludy skandynawskie i Słowianie, przy czym wg Celtów, ludzie znajdujący się w środkowym świecie mają możliwość zaglądania i łączenia się ze światem niższym i wyższym, są niejako łącznikiem w Świętym Drzewie Życia. Tak oto jesteśmy TU i TERAZ, ukorzenieni w sobie i w tym magicznym miejscu. Pracujemy z radością i celebrujemy Życie. Uświęcamy dni powszednie i święta, znane w starożytnych tradycjach, zaczynając od 21 marca. Tkamy nasze dziejstwa i stajemy się.